Home Office

W dzisiejszych czasach większość firm oferuje możliwość pracy z domu. Większość pracowników chętnie z tej możliwości korzysta. Ot na przykład ja dzisiaj. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, nie jest tak różowo jak to może wyglądać z daleka.

Wyobrażenia są następujące: nie dalej jak o 8 zasiądę przed komputerem i zacznę pracę. Wszak nie muszę nigdzie jechać, zaoszczędzę więc na czasie i szybciej zabiorę się do pracy. Zrobię sobie ten raport co to mam zaległy. I jeszcze w ciszy i spokoju prezentację na jutro załatwię.

A tymczasem rzeczywistość: ja w piżamie, włos rozwiany, dzieci mniej więcej ubrane, 7:20 wymarsz do szkoły i przedszkola, mąż ich zawiezie. To ja sobie zjem śniadanie. Jak już jestem w kuchni to zmywarkę nastawię. O, i pranie też. To co ja miałam? A, śniadanie! Tylko jeszcze zajrzę na dół, psa wypuszczę. I kota nakarmię. I rybki. O! Ślimaki będą miały młode. Taaa… Samych facetów kupił w zoologicznym. Męskie ślimaki, mięsień nogi napakowany, testosteron im się wylewa z muszli, nie ma szans, żeby się rozmnażały. I co ja mówię, że hermafrodyta? Trudne słowo to jest, na biologii u nich nie uczyli, to są męskie ślimaki i kropka. Yhy, tak właśnie. To teraz będziemy mieć ich więcej.

Dobra, teraz to już na pewno śniadanie. Laptopa włączę, poczta się ściągnie. Ile maili od wczoraj??? Dobra, przejrzę tylko.

Tak właśnie około 10 przypominam sobie, że śniadania nie było, raportu nie ma, prezentacji też nie, kot drze japę, psa trzeba wpuścić z powrotem, bo nie chce sam w ogródku siedzieć, ja nadal w piżamie i jeszcze trzeba iść bramę otworzyć, bo gość do szamba przyjechał.

Mówię Wam, w robocie jest mniej roboty niż w domu!

Światła

W moim nowym samochodzie jest wiele nowych, sprytnych funkcji. Okazuje się, że czasem sprytniejszych od kierowcy. I tak np system nawigacji odpalał mi się zawsze w trybie nocnym, w sensie na czarnym tle pokazuje drogę w stonowanych kolorach. Uznałam, że tak już ma i nie wnikałam. Wnikać postanowił mój mąż i zażyczył sobie, żebym mu przestawiła ten ekranik na tryb dzienny. Ile ja się nastukałam w ten ekranik w poszukiwaniu opcji zmiany trybu na dzienny! Przeczytałam całą instrukcję, nigdzie nie było o przełączaniu trybu z nocnego na dzienny i z powrotem. W desperacji sięgnęłam więc do wujka Google, a tam na jakimś forum okazało się, że ktoś miał już kiedyś podobny do mojego problem i poradzono mu „wyłącz światła”. Jak to wyłącz światła?! Co ma jedno do drugiego? No ale co mi tam, spróbujmy, mówię mężowi, żeby wyłączył światła, on protestuje mówiąc, że w tym kraju przecież w dzień jeździ sie na włączonych, każę mu nie dyskutować i wyłączyć a tu pyk, nawigacja przestawia się sama na tryb dzienny. Hmmm….

Mój nowoczesny samochód ma światła led, które włączają mu się automatycznie. A ja, dużo mniej nowoczesna i nienawykła do takich zautomatyzowanych rozwiązań, niejako z przyzwyczajenia, zawsze ręcznie włączałam światła. Nawigacja sama z siebie nie wie kiedy jest dzień, a kiedy noc, a dokładniej, nie oblicza kiedy w moim rejonie geograficznym, o danej porze roku, zaczyna się robić ciemno. Komputer pokładowy zaprogramowano więc dość sprytnie zakładając, że jak jest ciemno to kierowca włącza światła. Dzień jest więc wtedy kiedy światła są wyłączone. Proste? Proste. Samochód jest francuski, we Fracji w dzień nie ma obowiązku świecenia.

To rozwiązanie było tak proste, że nigdy w życiu sama bym na to nie wpadła. Pora więc na morał. Czasem najprostsze rozwiązania najtrudniej zauważyć…

Do tego w tej historii wychodzi jeszcze jedna moja cecha, a mianowicie nadgorliwość. Nie wystarczy, że mam w samochodzie światła dzienne, które zapalają się automatycznie. Nie, ja muszę jeszcze włączyć ręcznie. Sama muszę włączyć. Bo jak sama czegoś nie zrobię, to nie będzie zrobione. Albo będzie zrobione niewystarczająco dobrze. Wychodzi potrzeba kontroli i ogólna zosiosamosiowatość.

Drogi czytelniku, w życiu czasem trzeba umieć odpuścić. Czasem trzeba wyluzować, a może się okazać, że rozwiązanie samo się znajdzie. Może cały czas tam jest, ale go nie widzimy, bo przeszkadza nam nadgorliwość, potrzeba kontroli. Wreszcie, zawsze warto zapytać, może nie tylko ja mam taki problem? Może ktoś już znalazł proste rozwiązanie? A tak najbardziej, to w życiu trzeba umieć cieszyć się z jazdy.

Że Polacy nie gęsi…

Rano w radio debatowano nad pomysłem posła Liroya o promowaniu polskiej muzyki w rozgłośniach radiowych. Według tego projektu obowiązkowym miałoby być puszczanie polskich utworów w stosunku 50/50 do utworów zagranicznych.

Jak dla mnie, pomysł świetny. Podobna zasada obowiązuje we Francji, gdzie ustawowo chroni się język francuski. Mogę śmiało stwierdzić, że to się sprawdza. Rzeczywiście dużo jest piosenek francuskich, w zasadzie więcej niż tych po angielsku. I nie znam żadnego artysty francuskiego, który zdecydowałby się pisać swoje piosenki po angielsku. To się zwyczajnie nie opłaca – byłyby rzadziej puszczane w radio i w telewizji.

Ku mojemu zdumieniu debata radiowa poszła w skrajnie inną stronę. Że otóż ogranicza nam się wolność, że narzuca gusta muzyczne, co to za pomysł mediów narodowych i dalej coraz ostrzej w tym klimacie. Do tego zdecydowana opinia o wyższości muzyki zagranicznej nad polską, którą uznano za słabą. I to jest słabe. Słabe jest niepromowanie własnych lokalnych artystów. Słabe jest, że wielu polskich muzyków decyduje się na piosenki po angielsku licząc na większy zasięg, który i tak nigdy nie nadchodzi. Uszy więdną od słuchania pseudo amerykańskich akcentów rodzimych gwiazd. A warstwa tekstowa pozostawia wiele do życzenia.

Jasne, nie możemy powiedzieć, żeby nasze gwiazdy rozmachem dorównywały tym zachodnim. Mówimy tu o muzyce pop, za to już jeśli chodzi o rock, wydaje mi się, że jest wiele zespółów rodzimych na wysokim poziomie. To smutne, że wrzuca się ich do jednego wora ze słabymi gwiazdkami jednego przeboju.

A co do kwestii językowych, ogólnie odnotowuję spadek kultury języka. W naszej kapitalistycznej pogoni za zachodem coraz rzadziej pamiętamy o języku. Szalenie światowe jest używanie zagranicznie brzmiących nazw firm, produktów. W codziennej pracy też coraz mniej jest języka polskiego. Korporacyjny asap goni fakap i nikt już nie pamięta jak to właściwie było po polsku.

Ja pracuję w firmie francuskiej, więc do korporacyjnego slangu dokłada się jeszcze zwroty francuskie. I tak codziennie w windzie można usłyszeć takie konstrukcje językowe: „przyasajnuj ten tiket do timu, który żeruje takie problemy”. Zapewne chodzi tu o poufność informacji, gdyż nie ulega wątpliwości, że żaden postronny słuchacz takiego zdania nie zrozumie…

Post prawie że rozwodowy

Od początku mojej kariery blogerki, a nawet znacznie wcześniej pojawiały się wnioski o specjalną sekcję dedykowaną anegdotkom małżeńskim. No to proszę. Obawiam się jednak, że na podstawie niniejszego wpisu może nastąpić automatyczne niejako rozwiązanie węzłów małżeńskich na podstawie rażącej niezgodności charakterów. Może to więc być post pierwszy, a zarazem ostatni z tej kategorii.

Sprawa ma się następująco: jest wieczór, dzieci śpią, ja odpaliłam Youtube’a i oglądam sobie jakie to kawałki lokalne zagrała Metallica w różnych miastach w ramach obecnie trwającej trasy koncertowej. Jestem bowiem oczarowana ich interpretacją Jożina z bażin, a w zasadzie nie tyle samą interpretacją, co w ogóle doborem repertuaru, dystansu do swojego statusu gwiazdy i w ogóle gdzie Metallica, a gdzie Jożin z Bażin?

Wtem, małżonek przysiada się na kanapie, wielkodusznie więc postanawiam go uświadomić w nowinkach kulturalnych i przedstawiam sprawę. Zakładając, iż oryginalne wykonanie tegoż światowego przeboju może być małżonkowi nieznane, pokazuję mu najpierw, że tak powiem źródłowy teledysk. Małżonek nie wykazuje większego entuzjazmu słysząc jak to Jożin z bażin moczarem se pliżi. Nawet prskate letadlo nie wywołuje reakcji. No cóż, składam to na karb różnic kulturowych. Przystępuję do demonstracji gwiazdorskiej interpretacji z koncertu w Pradze. Małżonek nadal niewruszon… Zaczynam więc tłumaczyć, że to jest kultowa piosenka w Czechach, wszyscy ją znają, ba, wszyscy w Polsce ją znają, że to jest taki żart jakby, ale świetny, no kultowy. Mąż wydaje się mniej więcej łapać kontekst. Wyrażając niejako zainteresowanie, zadaje pytanie, chce otóż wiedzieć ile ci goście mają lat.

– Nie wiem dokładnie, wygoogluj sobie.

– Ale co mam wpisać w Google? Ile lat ma ten gość z Metalliki?

– Yhy, albo po prostu nazwisko wpisz.

– A skąd ja mam wiedzieć jak ten gość ma na nazwisko?

O przepraszam. Są pewne granice tolerancji. SKĄD ON MA WIEDZIEĆ JAK TEN GOŚĆ MA NA NAZWISKO?!

Ok, nie musi lubić. Ale nie wiedzieć?!

Tak więc, Wysoki Sądzie, sam Sąd rozumie, ten związek nie ma sensu. To są zbyt duże różnice. Co tam różnice kulturowe, co tam niezgodność charakterów, on się mnie pyta skąd ma wiedzieć jak ten gość ma na nazwisko?!

O ja przepraszam, ale ścieżkę dźwiękową z własnego ślubu to jednak należy mieć opanowaną. Postawiłam ultimatum: ma czas do następnej rocznicy ślubu, ma wkuć na blachę nazwiska wszystkich członków zespołu. Wystarczą obecni. Tak na początek.

Plac zabaw

Niedzielne popołudnie, piekna pogoda, na pustym placu zabaw obija się moja dwójka w towarzystwie chłopczyka na oko 3-letniego. Chłopczyk, przez rodziców zwany Piotrusiem opatulony jest ciasno kokonem rodzicielskiej troski, jak również wiosenną kurteczką, czapeczką, szaliczkiem. Co tam słońce, co tam ptasie trele, wiosna jest to się nosi wiosenny przyodziewek. Nieważne, że rodzice z krótkim rękawem, Piotruś malutki jest to musi w czapce.

Piotruś chłopina, pod czujnym okiem rodzicielskim, usiłuje dokonać spektakularnych wyczynów kaskaderkich w postaci wspięcia się na zjeżdżalnię. Stopowany jest jednak przez troskę matczyną:

– Piotrusiu, nie wchodź tam, za wysoko!

– Piotrusiu, ta zjeżdżalnia jest dla dużych dzieci, nie dasz rady!

– Piotrusiu, nie wchodź do piachu, pobrudzisz się!

– Piotrusiu, nie biegaj!

– Piotrusiu, nie!

– NIE, NIE, NIE!

Do wszystkich Piotrusiów świata: dasz radę chłopie! Nie raz się przewrócisz, nie raz zedrzesz skórę z kolan i łokci. Nie daj sobie wmówić, że jesteś za mały, zbyt ładnie ubrany, że nie dasz rady. Właź chłopie na zjeżdżalnię, po to ona tam jest. Bo jak nie wleziesz to skąd będziesz wiedział czy to aby fajne.

Do wszystkich matek zatroskanych: jasne, fajnie byłoby gdyby Piotrusie zamiast biegać, brudzić się i hałasować, siadali sobie grzecznie na ławeczce i znajdowali rozrywkę w recytowaniu Sonetów krymskich. Cichutko tak, pod noskiem zgrabnym a czystym. Niemniej jednak może się okazać, że do prawidłowego rozwoju Piotrusiów potrzebny jest piach i brud. Potrzebna jest zjeżdżalnia i trzeba czasem z czegoś spaść. No życie. Pozwól mu więc matko bolejąca, nawet jeśli są to najniedzielniejsze piotrusiowe szaty, wleźć w piach, przeciorać tyłkiem po zjeżdżalni, a może nawet usiąść w kałużę. Bo trochę na tym polega bycie dzieckiem, wiesz? Pamiętasz jeszcze?

Nie będę tu od razu uderzać w wysokie C, że otóż jak teraz się Piotrusiowi nie pozwoli to Piotr bezpowrotnie straci wiarę w siebie i nigdy już nie będzie sięgał po więcej. Może będzie. Nie wiem. Może dorosły Piotr zostanie alpinistą, zawodowym kaskaderem, konstruktorem zjeżdżalni turbo-odrzutowych. To wszystko kiedyś tam, w przyszłości. A tu i teraz, dziś właśnie jest piękne słońce i mały Piotruś ma ochotę się pobawić. A ja nie rozumiem czemu nie może? Jakie to okowy społeczne, klasowe, uwarunkowania socjo-geograficzne nie pozwalają biegać po placu zabaw? To gdzie ma biegać?

Zadbaj o siebie

Święta. To taki specjalny czas dla każdej Pani Domu. Jak ośmioręka ośmiornica atakuje dyżur kuchenny, piecze, gotuje, miesza, smaruje, jednocześnie sprzątając szczegółowo wszystkie zapomniane kąty. Czy aby okna są wystarczająco umyte, kurze wystarczająco wytarte, framugi drzwi pomyte, kafelki błyszczą w łazience, a za kanapą nie ostał się najmniejszy kłębek kurzu? Do tego jeszcze dzieci, przecież nie można włączyć im bajki czy pozwolić grać na tablecie, trzeba spędzić z nimi wartościowy czas, dekorować pisanki, grać w gry, stymulować, edukować, rozwijać. A co z Panią Domu?

Skoro już dom wysprzątany na błysk, lodówka pęka w szwach, a dzieci rozwinięte są ponad przeciętną, to może warto też znaleźć czas dla samej siebie? Skoro sprzątnięto już nawet za kanapą, może warto też posprzątać w głowie?

Znajdź więc kobieto chwilę dla siebie. Usiądź na chwilę z książką, pójdź na spacer, poleż w wannie z pianą, no co tam lubisz. Nie zapominaj o sobie, dbaj o siebie tak samo jak dbasz o dom, dzieci, …… (wpisz tu to o co/o kogo dbasz najbardziej).

Bo wiecie co? Ja nie umyłam okien, nie sprzątnęłam za kanapą i nie upiekłam ani jednego ciasta. A święta i tak się odbyły. Obżarte czekoladą dzieci co chwila wznosiły okrzyki „niech żyje Wielkanoc!”

Czyli można i tak.

Kariera jak A4

Dopuszczę się śmiałej tezy, metafory takiej, że kariera zawodowa podobna jest do A4. Autostrady takiej, nie formatu kartki. Otóż jadąc A4 zdarza się, że sunę sobie lewym pasem z prędkością jaka dla mnie jest wygodna, zgodnie z przepisami o ruchu drogowym ma się rozumieć, aż tu wtem w lusterku widzę, że dogania mnie jakieś Ferrari. Co wtedy robię? Przy najbliższej okazji, zjeżdżam na pas prawy trochę zazdroszcząc osiągów, trochę podziwiając piękno maszyny. Potem wracam na lewy, może się tak zdarzyć, że wyscigówka rozpędziła maruderów i ja też nabieram większego tempa.

Zdarza się też tak, że zamiast Ferrari przyplącze się jakaś Skodzianka. I przyczepi się zderzaka, i mruga światłami, i podjeżdża tak blisko, że kierowca niemal wpycha mi się na kolana. Co wtedy? Otóż mam wybór, mogę zjechać byle pozbyć się natręta, a mogę też przyspieszyć, wtedy on zostanie znacznie w tyle.

Jak to się ma do kariery zawodowej? No więc zdarza się tak, że ktoś nas w tejże karierze wyprzedza. Jest młodszy, zdolniejszy, słowem, ma lepsze osiągi. I co? No nic. Należy zdecydować jakie tempo jest dla mnie wygodne, z różnych przyczyn to nie prędkość może być najważniejsza. Zamiast więc życzyć Ferrari, żeby rozwalił się na najbliższym drzewie, warto zastanowić się jaki jest koszt zwiększenia prędkości. Mojej prędkości. Czy to dla mnie ma znaczenie? Co warto jest temu poświęcić?

Może się okazać, że od tej wyścigówki można się czegoś nauczyć, zawsze wtedy warto jest z tego skorzystać.

To samo dotyczy upierdliwej Skody. Czasem ktoś siądzie mi na ogonie i ciągnie w dół. Wtedy też mam wybór – olać, odpuścić, zaoszczędzić sobie nerwów? Czy robić swoje, a natręt w końcu odpuści?

W mojej karierze zawodowej zdarzyło mi się spotkać kilka wyścigówek, są takie, które podziwiam i od których wiele się nauczyłam. I zdarzyło mi się kilku Januszy lewego pasa… Od nich też można się czegoś nauczyć. Co najmniej wytrwałości, niezachwianej wiary we własne możliwości, odrobiny brawury. Najważniejsze to pamiętać dokąd się jedzie i po co.